Archiwum kategorii ‘zdrowie’
Nowoczesne leki będą bezpieczniejsze
Specjaliści z amerykańskiego Narodowego Instytutu Standardów i Technologii (NIST, od ang. National Institute of Standards and Technology) opracowali technikę, która pozwoli lepiej kontrolować proces produkcji wielu nowoczesnych leków. Celem nowej metody jest precyzyjne wykrywanie zlepów, które mogą powstawać w preparatach zawierających białka.
Ostatnie lata przyniosły ogromny postęp w dziedzinie produkcji leków zawierających białka jako główny składnik. Mają one wiele zalet, takich jak idealne naśladowanie funkcji swoich naturalnych odpowiedników czy stosunkowo niska częstotliwość pojawiania się objawów ubocznych. Do największych wad tego typu produktów należy naturalna tendencja niektórych protein do agregacji, czyli tworzenia zlepów np. w razie nieprawidłowego przechowywania. Istnieje wówczas ryzyko wywołania poważnej odpowiedzi immunologicznej, mogącej trwale upośledzić niektóre funkcje organizmu. Opracowana technologia pozwala znacznie ograniczyć ryzyko tak dramatycznych wydarzeń.
Nowa procedura powstała na zlecenie FDA (ang. Food and Drug Administration), amerykańskiego urzędu odpowiedzialnego m.in. za rejestrację leków oraz kontrolę ich jakości. Opiera się ona o technikę analityczną, zwaną ES-DMA (od ang. electrospray differential mobility analysis; “oficjalnej” polskiej nazwy dotychczas nie ustalono). Polega ona na rozpylaniu badanej substancji, a następnie nadawaniu każdej kropli ładunku elektrycznego. Kolejnym etapem jest przyłożenie pola elektrycznego w celu wywołania ruchu każdej drobiny. Ponieważ ładunek każdej kropli jest identyczny, szybkość ich przemieszczania jest tym większa, im lżejsza jest dana drobina. Zawieszone w aerozolu złogi białkowe są cięższe od kropelek wody, dzieki czemu możliwe jest ich wykrycie w badanej próbce.
Inżynierowie z NIST oceniają, że stosowana przez nich metoda mogłaby być zastosowana także do wykrywania niektórych cząstek biologicznych, np. wirusów. Pozwoliłoby to na szybką i wiarygodną analizę nosicielstwa wielu czynników chorobotwórczych, o ile tylko udałoby się przygotować odpowiednio uwodnioną i rozdrobnioną próbkę.
Zmutowana żywność zaleje nasze sklepy
Polska nie będzie słynęła z ekologicznych upraw. Rośliny, które wyrosną na polskich polach, już od przyszłego roku będą w części zmodyfikowane genetycznie. Minister rolnictwa zdradził DZIENNIKOWI, że Unia nie dopuści do tego, by polski rząd zakazał mutowania upraw. Każdy rolnik będzie więc mógł zasiać np. – brzmiącą złowieszczo – kukurydzę MON810.
Polska nie będzie krajem wolnym od roślin genetycznie modyfikowanych. Jeszcze w tym roku polscy rolnicy zyskają prawo do ich uprawy – zapowiada w rozmowie z DZIENNIKIEM minister rolnictwa Marek Sawicki.
To bezpośredni efekt poniedziałkowego upomnienia Komisji Europejskiej. Według Brukseli Polska nie przedstawiła Komisji żadnych naukowych argumentów, które dowodziłyby szkodliwości roślin modyfikowanych genetycznie. Polski rząd chciał, aby nasz kraj został uznany za “wolny od GMO”, czyli taki, w którym uprawa roślin zmienionych genetycznie jest zakazana, podobnie jak hodowla zwierząt karmionych paszami z takich upraw. Poza Polską także Włochy, Austria i Słowenia starały się o uzyskanie zakazu uprawy GMO.
Minister Marcek Sawicki zapowiada, że po dostosowaniu polskiego prawa do wymagań UE każdy rolnik będzie mógł zasiać pole roślinami GMO, choć tak oddzielonymi od reszty upraw, aby zmienione nasiona nie przedostały się do środowiska. Na razie Bruksela zezwala jedynie na uprawę jednej rośliny – kukurydzy MON 810, która jest odporna na omocnicę prosowiankę. Jej zasiew jest dla rolników opłacalny, bo nie muszą obawiać się szkodników. Jednak w kolejce na zgodę Unii czeka już szereg innych roślin genetycznie zmodyfikowanych, które będą mogły być uprawiane w naszym kraju. Wśród nich szczególnie popularna może okazać się soja przeznaczona na pasze. Zapowiadana przez Marka Sawickiego zmiana przepisów oznacza także, że możliwy będzie import do naszego kraju nie tylko pasz, ale także produktów GMO bezpośrednio przeznaczonych do konsumpcji. A wśród nich nowe odmiany buraka i kukurydzy.
Unia Europejska została zmuszona do zniesienia zakazu importu żywności GMO, podobnie jak teraz Polska. Tyle, że pod naciskiem Stanów Zjednoczonych. Bruksela też nie była w stanie przedstawić naukowych dowodów na zagrożenie dla zdrowia nowego typu żywności. Zaś międzynarodowe koncerny spożywcze, takie jak Monsanto, wymusiły na UE wydanie zgody na uprawę kontrowersyjnych roślin.
Prawdziwa rewolucja dopiero jednak nadchodzi. Amerykańscy naukowcy pracują już nad leczniczymi odmianami warzyw i owoców czy gatunkami krów, które będą dawały mleko najlepiej nadające się do produkcji wybranych serów. Jeśli Bruksela nie będzie w stanie wykazać ich szkodliwości, zostanie zmuszona do wydania zgody na ich import i uprawę. “Postępu biotechnologicznego nie da się powstrzymać, nowinki i tak będą się wdzierały na rynek, choć nie da się udowodnić, że nie są szkodliwe” – przyznaje minister rolnictwa.
Minister zdrowia Ewa Kopacz chce oddłużać szpitale przez emisję obligacji
Minister zdrowia Ewa Kopacz chce oddłużyć szpitale. Od kilku dni omawia to z ministrem finansów Jackiem Rostowskim – dowiedziała się “Gazeta Wyborcza”.
Propozycję oddłużenia Kopacz chciała przedstawić obradującemu 11 i 12 stycznia w Warszawie zjazdowi Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy. Informację tę potwierdza przewodniczący klubu PO Zbigniew Chlebowski. Dodaje, że jest to jeden z elementów planowanej przez Platformę reformy ochrony zdrowia.
Długi szpitali- według różnych szacunków- wynoszą od 4 do 6 miliardów złotych. Od stycznia rosną, bo zdrożała praca lekarzy. W ramach etatu mogą pracować 48 godzin tygodniowo. Za to, by być w pracy dłużej, domagają się podwyżek. Kontrakty szpitali z NFZ tego nie uwzględniają.
Chlebowski tłumaczy, że minister Kopacz chodzi o to, aby likwidację długów szpitali sfinansować z emisji obligacji, które byłyby sprzedawane bezpośrednio inwestorom. Organy założycielskie Zakładów Opieki Zdrowotnej wyemitowałyby obligacje 20-letnie gwarantowane przez Skarb Państwa, a w przyszłości może nawet wykupione przez państwo.
Takie rozwiązanie wynika z faktu, że wiele szpitali jest tak zadłużonych, że nawet jakby chciały przekształcić się w spółkę prawa handlowego, to nie zdoła tego zrobić. Od razu musiałyby ogłosić upadłość. Więcej w “Gazecie Wyborczej”
Jeden głębszy co dnia to gwarancja zdrowia
Okazało się, że u osób, które w ciągu tygodnia piły od jednej do 14 doz alkoholu (jedna doza=10 mililitrów czystego spirytusu), ryzyko zachorowania na serce znacznie spadło. Co ważne – spadło o 30 procent w porównaniu do tych, którzy wiedli zdrowy tryb życia i w ogóle nie tykali napojów wyskokowych. A to oznacza, że jeden kieliszek wódki dziennie nie tylko nie szkodzi, ale pomaga dbać o serce.
Badano także osoby, które już wcześniej uskarżały się na problemy z układem krążenia. Okazało się, że w ich przypadku uprawianie sportu było tylko trochę korzystniejsze niż regularne picie alkoholu.
Jak łatwo się domyślić, najlepsze dla zdrowia jest uprawianie sportu połączone z sięganiem po niewielkie ilości alkoholu. Tu ryzyko zachorowania na serce spada aż o połowę – wynika z badań naukowców.
Jak poznać, że z dzieckiem dzieje się coś złego
Międzynarodowy zespół ekspertów opracował listę siedmiu objawów, które powinny zaniepokoić rodziców noworodków i opiekujących się nimi lekarzy
Inkubator na oddziale patologii i intensywnej terapii noworodka
Każdego roku na świecie umiera około 4 mln dzieci, które nie ukończyły pierwszego miesiąca życia. Do trzech czwartych z tych zgonów dochodzi w pierwszym tygodniu po przyjściu na świat. Głównymi przyczynami są: przedwczesny lub przebiegający z komplikacjami poród i zakażenia bakteryjne. Dr Martin Weber ze Światowej Organizacji Zdrowia wraz z międzynarodową grupą ekspertów postanowił sprawdzić, które z obserwowanych u dzieci objawów świadczą o poważnych kłopotach ze zdrowiem i powinny skłonić opiekunów dziecka do wizyty u specjalisty.
W badaniu udział wzięło 3177 noworodków (do szóstego dnia po przyjściu na świat) i 5712 noworodków i niemowlaków przed ukończeniem drugiego miesiąca życia. Analizowane przez zespół Webera dane pochodziły ze szpitali w Bangladeszu, Boliwii, Ghanie, Indiach, Pakistanie i Republice Południowej Afryki (do przeważającej części z owych 4 mln zgonów dochodzi właśnie w krajach rozwijających się).
Początkowo na stworzonej przez naukowców liście znajdowało się 31 objawów. Kolejne etapy badań pozwoliły zawęzić ją do 12, a w końcu do siedmiu najistotniejszych. Publikuje je najnowsze wydanie tygodnika “The Lancet”. Są to:
- przedłużające się problemy z karmieniem dziecka (maluch nie chce jeść);
- drgawki;
- sytuacja, w której dziecko nie porusza się spontanicznie, lecz jedynie w odpowiedzi na jakiś bodziec, np. dotknięcie przez rodzica;
- szybki oddech – 60 razy na minutę lub więcej;
- głęboki, świszczący oddech;
- temperatura ciała powyżej 37,5 st. C;
- temperatura ciała poniżej 35,5 st. C.
- Każda matka powinna być wyczulona na to, czy jej dziecko chce jeść, czy nie, czy porusza się samo, czy tylko wtedy, gdy ktoś je dotyka. Wiem, że to wydaje się bardzo proste, ale mimo to powinniśmy o tym bezustannie przypominać i promować tę wiedzę – powiedział Weber w wywiadzie dla agencji Reuters. – Liczbę zgonów wśród noworodków i niemowlaków będzie można skutecznie obniżyć tylko wtedy, gdy zostanie im zapewniony jak najszybszy dostęp do właściwego leczenia – dodał lekarz.
Źródło: Gazeta Wyborcza
Nastolatka problem z wagą
Miejsce w klasowym rankingu popularności, liczba godzin spędzonych na rolkach czy rowerze oraz to, jak często cała rodzina spotyka się przy wspólnym posiłku – wszystkie te czynniki mogą wpływać na to, czy dziecko ma nadwagę
Kilkanaście procent nastolatek i nastolatków z krajów rozwiniętych, w tym z Polski, ma problem z nadwagą lub wręcz z otyłością. I, niestety, odsetek ten zwiększa się z każdym rokiem. Lekarze nie mają wątpliwości – to jeden z najpoważniejszych problemów współczesnej medycyny. Na łamach najnowszego wydania “Archives of Pediatrics & Adolescent Medicine” ukazały się wyniki trzech badań poświęconych metodom walki z nadwagą u młodych ludzi i czynnikom, które zwiększają jej ryzyko.
Brak popularności szkodzi
Zespół z harwardzkiej Szkoły Zdrowia Publicznego kierowany przez Adinę Lemeshow postanowił sprawdzić, jak na wagę nastolatek wpływa ich popularność i akceptacja przez rówieśników. W programie wzięło udział prawie 4,5 tys. dziewcząt w wieku 12-18 lat. W wypełnianej przez nie ankiecie oprócz pytań o wzrost, wagę, dietę i liczbę godzin spędzanych przed telewizorem znalazł się również ranking szkolnej popularności. Na szczycie skali (10 pkt) znalazły się osoby najbardziej podziwiane, z którymi wszyscy chcieli się przyjaźnić. Na dole (0 pkt) te odrzucane przez rówieśników. Każda z ankietowanych miała zaznaczyć, które jej zdaniem miejsce w rankingu zajmuje.
Dwa lata później Lemeshow ponownie skontaktowała się z nastolatkami i sprawdziła, jak w tym czasie zmieniła się ich waga. Okazało się, że w porównaniu ze szkolnymi gwiazdami ryzyko przytycia wśród nastolatek, które umieściły się w dolnej części rankingu popularności, było prawie o 70 proc. większe. – Od dawna wiadomo, że zła dieta i brak ćwiczeń zwiększają ryzyko przytycia. Teraz pokazaliśmy, że równie ważne są samoocena i relacje z rówieśnikami – komentuje Lemeshow. – Powinni o tym pamiętać rodzice, nauczyciele, lekarze i wszyscy inni zaangażowani w profilaktykę otyłości u młodych ludzi.
Rolka, deskorolka, rower
Zbyt duża waga w okresie dorastania jest obecnie najważniejszym prognostykiem otyłości w życiu dorosłym. Jak się szacuje, 85 proc. otyłych nastolatków nie udaje się zrzucić wagi po wejściu w dorosłość.
Najlepszy w walce z nadwagą jest sport – wynika z badań przeprowadzonych przez ekspertów z amerykańskiej Administracji ds. Żywności i Leków. W 1996 r. zespół kierowany przez Davida Menschika zebrał dane od 3345 uczniów szkół średnich. Oprócz pytań o aktualną wagę Menschik interesował się rodzajem i częstotliwością uprawianych przez dzieciaki sportów. Ankietę powtórzył pięć lat później, gdy badani osiągnęli pełnoletność. Okazało się, że u nastolatków, którzy codziennie mieli w szkole lekcję WF-u, ryzyko rozwoju otyłości było o 20 proc. mniejsze niż u nastolatków, których szkoły nie dbały tak bardzo o rozwój fizyczny swoich uczniów. Jeszcze lepiej wyglądała sytuacja osób, które po lekcjach co najmniej cztery razy w tygodniu uprawiały sport na własną rękę. Ryzyko posiadania zbędnych kilogramów w wieku dorosłym było w ich przypadku mniejsze prawie o połowę. Dyscyplinami sportu, które okazały się najskuteczniejsze w zapobieganiu otyłości, były: jazda na rolkach, deskorolce i rowerze.
Rodzina je razem
Dianne Neumark-Sztainer z Uniwersytetu w Minnesocie zajęła się problemami takimi, jak: objadanie się, prowokowanie wymiotów czy stosowanie środków przeczyszczających i moczopędnych. Takie zachowania mogą prowadzić do depresji, gwałtownego tycia lub wręcz przeciwnie – anoreksji czy bulimii.
Naukowcy z Minnesoty postanowili zbadać, czy i w jakim stopniu mogą przed nimi chronić wspólne rodzinne posiłki. Ankietę zawierającą pytania o wagę, stosunki z rodzicami i rodzeństwem oraz sposób odżywiania się wypełniło w 1994 r. ponad 2,5 tys. uczniów 31 szkół średnich. Te same pytania powtórzono im dziesięć lat później. Okazało się, że nastoletnie dziewczęta, które jedzą ze swoją najbliższą rodziną pięć lub więcej posiłków tygodniowo, znacznie rzadziej w trosce o swoją wagę sięgają po środki przeczyszczające, moczopędne lub prowokują wymioty.
Co ciekawe, w przypadku chłopców takiego związku nie stwierdzono. Neumark-Sztainer próbuje tłumaczyć to tym, że chłopcy i dziewczynki wynoszą z rodzinnych posiłków trochę inne doświadczenia. – Dziewczynki są z reguły bardziej w nie zaangażowane, choćby poprzez pomoc w ich przygotowaniu. W odróżnieniu od chłopców, mogą też być bardziej wrażliwe na panujące wewnątrz rodziny stosunki. Jeżeli te są prawidłowe i rodzina jest ze sobą naprawdę blisko, a przejawem tego mogą być właśnie wspólne śniadania, obiady i kolacje, dorastająca dziewczyna będzie z tego czerpała więcej korzyści niż jej dorastający brat – tłumaczy.
Źródło: Gazeta Wyborcza
Jedz zdrowo, pożyjesz dłużej
Zdrowe odżywianie może zmniejszyć liczbę przedwczesnych zgonów o ok. 70 tys. rocznie, co odpowiada 10 proc. ogółu rocznej liczby zgonów w W. Brytanii – wynika z opublikowanego raportu komórki ds. strategii przy brytyjskim rządzie (Strategy Unit in the Cabinet Office).
Statystyczny Brytyjczyk spożywa za dużo soli, skondensowanych tłuszczów i cukru. Zmniejszenie spożycia tych produktów spowodowałoby spadek liczby zachorowań na choroby naczyniowo- sercowe i raka, najczęstsze choroby u osób przedwcześnie umierających – twierdzą autorzy raportu (Food: An Analysis Of The Issues).
Wynika z niego, że spożycie pięciu sztuk warzyw i owoców dziennie, miałoby największy, pozytywny wpływ na poziom zdrowia publicznego, potencjalnie zmniejszając liczbę osób umierających przedwcześnie o 42,2 tys. rocznie. Zmniejszenie zawartości soli do maksimum 6 gram dziennie (z ok. 9 gram obecnie) przełożyłoby się na zmniejszenie liczby umierających przedwcześnie o 20,2 tys., zaś wyeliminowanie nadmiaru tłuszczowych koncentratów i cukru pozwoliłoby dłużej żyć 7 tys. Brytyjczykom.
Niedawne badania BBC nad zjawiskiem nadwagi prowadzone w grupie 9 tys. osób z 13 krajów wykazały, że Brytyjczycy są najbardziej uzależnieni od żywności typu “fast food”, w której zwłaszcza sól i tłuszcze występują w nadmiarze.
Premier Gordon Brown z końcem stycznia wygłosi przemówienie, w którym wskaże, iż powszechne prawo do korzystania z usług publicznej służby zdrowia musi łączyć się dla jej użytkowników z obowiązkiem większej troski o zdrowie we własnym zakresie. Brown przygotowuje specjalny status dla publicznej służby zdrowia, którego jednym z elementów będzie wskazanie na związek praw i obowiązków.
Otyłość jest rosnącym problemem społecznym w W. Brytanii i dotyczy także dzieci. 24,2 proc. dorosłej ludności cierpi na nadwagę lub otyłość. Kontynuowanie obecnych trendów spowoduje, że do 2030 r. połowa Brytyjczyków będzie borykała się z nadmierną tuszą.
Nowa szczepionka uratowała 300 dzieci
Szczepionka, podawana w wieku dwóch i czterech miesięcy z dawką przypominającą w wieku 13 miesięcy chroni przed zapaleniem płuc oraz zapaleniem opon mózgowych. Udało się zaszczepić 86 procent dzieci, docelowo ma to być 95 procent.
Według odpowiadającego za szczepienia prof Davida Slasbury’ego, dzięki szczepieniom około 300 dzieci nie zachorowało na groźną infekcje. Nie zaobserwowano istotnych skutków ubocznych szczepień.
Niektórzy rodzice uważają szczepienia za szkodliwe, uważając że ewentualne “naturalne zachorowanie” przy obecnym stanie medycyny nie jest istotnym zagrożeniem. Jednak w przypadku pneumokokowego zapalenia opon mózgowych u niemowląt w około połowie przypadków choroba pozostawia trwałe następstwa – głuchotę, upośledzenie umysłowe, problemy z mową, porażenia, padaczkę czy utratę wzroku.
Odkryto białko uszkadzające barierę krew-mózg
W normalnych warunkach fizjologicznych krążenie krwi w mózgu jest oddzielone od krążenia reszty naszego organizmu, barierą krew- mózg, którą tworzą komórki wyściełające naczynia krwionośne. Jest to rodzaj zabezpieczenia mózgu, przez który przenikają tylko niezbędne cząsteczki.
U zdrowego człowieka do mózgu przedostaje się niewielka liczba komórek układu immunologicznego, inaczej dzieje się podczas chorób układu nerwowego przebiegających ze stanem zapalnym. Wówczas bariera krew-mózg zostaje osłabiona, a potencjalnie niebezpieczne aktywne komórki układu odpornościowego dostają się do centralnego układu nerwowego. Alexandre Prat wraz z zespołem z CHUM-Notre-Dame Hospital w Montrealu, odkrył, że białko ALCAM odpowiedzialne za przyleganie komórek pomaga komórkom układu odpornościowego przechodzić przez barierę krew-mózg. Naukowcy wykazali, że zablokowanie działania białka ALCAM łagodzi przebieg i rozwój choroby, która jest mysim odpowiednikiem stwardnienia rozsianego u ludzi.
Badacze zaobserwowali również, że w przepuszczaniu komórek układu immunologicznego przez barierę krew-mózg pomaga białku ALCAM, inna cząsteczka o nazwie ICAM1.
Autorzy pracy podkreślają, że w kolejnych badaniach trzeba będzie sprawdzić czy zahamowanie działania białka ALCAM okaże się pomocne w leczeniu chorób zapalnych układu nerwowego u ludzi.
Dzieci spod mikroskopu, czyli wszystko o zapłodnieniu in vitro
Trwa burzliwa dyskusja na temat zapłodnienia in vitro. Padają pytania: Refundować czy nie? Czy to metoda leczenia, czy tylko eksperyment medyczny? Ile Polaków z niej korzysta, a ilu więcej mogłoby skorzystać?
Na początku kobiecie podaje się hormony. Dzięki temu jajniki w pojedynczym cyklu są w stanie wytworzyć nie jedną, lecz kilka, a nawet kilkanaście, komórek jajowych. Z reguły pobiera się ich od 5 do 15. Nie wszystkie nadają się do zapłodnienia. Wybiera się tylko te w pełni dojrzałe (choć istnieją już techniki, dzięki którym jajeczka są w stanie dojrzeć również w laboratorium). Jajeczka łączy się z plemnikami, w wyniku czego dochodzi do zapłodnienia i powstania zarodków. Do macicy wszczepia się maksymalnie dwa z nich, choć ostatnio lekarze najczęściej decydują się tylko na jeden. Reszta zarodków jest zamrażana. – Trzeba wyraźnie powiedzieć, że mrożenie embrionów wcale nie kończy się ich śmiercią. To wręcz umożliwia im przeżycie. W Polsce nikt zarodków nie niszczy i nigdy nie niszczył – mówi “Gazecie” dr Katarzyna Kozioł z warszawskiej Przychodni Leczenia Niepłodności “nOvum”.
Problem z “nadprogramowymi” zarodkami jest głównym punktem spornym w dyskusji zwolenników i przeciwników in vitro. Przeciwnicy podnoszą właśnie argument, że zarodki, które nie będą wykorzystane podczas IVF, zginą. Zwolennicy przypominają, że dana para może zapragnąć więcej potomstwa (tak się często dzieje – rekordziści z kliniki nOvum doczekali się już piątki pociech). Wiele klinik na samym początku prosi też swoich pacjentów o podpisanie dokumentu, w którym zobowiązują się, że w przypadku, gdy dojdą do wniosku, że nie chcą mieć już więcej dzieci, swoje zarodki przekażą innej parze.
Faktem jednak jest, że zawsze jakieś zarodki pozostaną. Dlatego wiele osób wskazuje rozwiązanie, które mogłoby stanowić nić porozumienia. Chodzi o to, by w ramach IVF doprowadzać do powstania dokładnie takiej liczby zarodków, jaka potem będzie wykorzystana. Takie prawo obowiązuje np. we Włoszech. Gdy dana para chce mieć dziecko, zapładnia się tylko jedno lub dwa jajeczka i od razu się je wszczepia. Gdy terapia się nie powiedzie, cały proces powtarza się od początku, bez zamrażania i przechowywania zarodków.
Warto wspomnieć, że takie właśnie były początki IVF. Od matki, która urodziła słynną Louise Brown (pierwsze poczęte 29 lat temu metodą in vitro dziecko) pobrano tylko jedną komórkę jajową. Przez lata opierano się na naturalnym cyklu kobiet i pobierano od nich jedno, góra dwa jajeczka. Nie stosowano stymulacji hormonalnej, co miało zarówno zalety, jak i wady. Zaletą jest to, że unikano w ten sposób obciążenia dodatkowymi hormonami, a te nigdy nie są obojętne dla organizmu kobiety. Wadą – o około połowę mniejsza skuteczność IVF, co może narazić pacjentkę na kolejne zabiegi. Właśnie w celu podniesienia skuteczności wprowadzono hormony. – Wygląda na to, że być może trzeba będzie cofnąć się do początków – mówi dr Kozioł.
Techniki wspomaganego rozrodu
Wyróżniamy cztery podstawowe techniki wspomaganego rozrodu, czyli tzw. ART (Assisted Reproductive Technics).
Klasyczne zapłodnienie in vitro (IVF). Metodę stosuje się, gdy oba jajowody są niedrożne lub nie ma ich w ogóle. Z jajników pobiera się komórki jajowe i umieszcza razem z plemnikami na specjalnym podłożu. Jeżeli dojdzie do zapłodnienia, zarodek po 2-5 dniach wszczepiany jest bezpośrednio do macicy. Sam zabieg kosztuje ok. 5-6 tys. zł., wcześniejsza kuracja hormonalna – 2-3 tys. zł.
Bardziej zaawansowaną techniką jest tzw. dokomórkowe wstrzykiwanie plemników (ICSI). Stosuje się je, gdy w nasieniu mężczyzny jest zbyt mało plemników lub nie ma ich wcale. Pobiera się je wtedy bezpośrednio z najądrzy bądź jąder. Wyselekcjonowany plemnik jest wstrzykiwany do komórki jajowej pod mikroskopem przy użyciu specjalnych narzędzi. Zabieg kosztuje ok. 1 tys. zł więcej niż w klasycznym IVF.
Istnieją jeszcze dwie inne metody: tzw. dojajowodowe przeniesienie plemników i jajeczka (GIFT) oraz dojajowodowe przeniesienie zarodka (ZIFT). W GIFT, jeśli co najmniej jeden jajowód jest drożny, umieszcza się w nim pobrane wcześniej plemniki i gotowe do zapłodnienia jajeczka. W ZIFT jajeczko jest zapładniane w laboratorium, a powstały w ten sposób zarodek umieszczany jest w drożnym jajowodzie. Dziś zarówno GIFT, jak i ZIFT praktycznie wyszły z użycia. W obydwu przypadkach konieczna jest bowiem operacja z całkowitym znieczuleniem kobiety. Przy klasycznym zapłodnieniu in vitro oraz dokomórkowym wstrzykiwaniu plemników nie ma takiej potrzeby. Do pobrania jajeczek wystarcza znieczulenie miejscowe, a wszczepienie zarodka do macicy nie wymaga nawet tego, bo w ogóle nie boli.
Zgodnie z dzisiejszą wiedzą naukową techniki wspomaganego rozrodu są bezpieczne – ryzyko wystąpienia jakichkolwiek zaburzeń rozwoju płodu jest takie samo jak przy naturalnym poczęciu. Są też skuteczne – szanse na zajście w ciążę podczas jednego cyklu zapłodnienia in vitro wynoszą ok. 20-25 proc. (w najlepszych klinikach skuteczność sięga 40 proc.) To nawet trochę więcej niż w przypadku zdrowej, regularnie współżyjącej pary.
W większości krajów Unii Europejskiej, m.in. we Francji, w Wielkiej Brytanii, Chorwacji, na Węgrzech, w Słowenii czy Czechach państwo refunduje zabiegi wspomaganego rozrodu, a przynajmniej kilka pierwszych cykli.
Dodaj komentarz
Komentarze (4)
Dodaj komentarz