Archiwum kategorii ‘health’

Jeden głębszy co dnia to gwarancja zdrowia

Badania trwały aż 20 lat i objęły 12 tysięcy kobiet i mężczyzn. Wynika z nich, że picie niewielkich ilości alkoholu znacznie obniża ryzyko pojawienia się chorób serca i układu krwionośnego.

Okazało się, że u osób, które w ciągu tygodnia piły od jednej do 14 doz alkoholu (jedna doza=10 mililitrów czystego spirytusu), ryzyko zachorowania na serce znacznie spadło. Co ważne – spadło o 30 procent w porównaniu do tych, którzy wiedli zdrowy tryb życia i w ogóle nie tykali napojów wyskokowych. A to oznacza, że jeden kieliszek wódki dziennie nie tylko nie szkodzi, ale pomaga dbać o serce.

Badano także osoby, które już wcześniej uskarżały się na problemy z układem krążenia. Okazało się, że w ich przypadku uprawianie sportu było tylko trochę korzystniejsze niż regularne picie alkoholu.

Jak łatwo się domyślić, najlepsze dla zdrowia jest uprawianie sportu połączone z sięganiem po niewielkie ilości alkoholu. Tu ryzyko zachorowania na serce spada aż o połowę – wynika z badań naukowców.

Niemcy: komputer i TV tylko dla dzieci od 3 lat

Dzieci w wieku poniżej trzech lat w ogóle nie powinny oglądać telewizji ani zabawiać się grami komputerowymi – tak brzmią zalecenia ekspertów niemieckiego resortu zdrowia.
Dzieci w wieku do lat pięciu nie powinny spędzać przed telewizorem i komputerem więcej niż pół godziny dziennie, a uczniowie szkół podstawowych – więcej niż godzinę.

Eksperci z federalnej agencji zajmującej się propagowaniem zdrowego trybu życia radzą też, by rodzice wybierali dzieciom do oglądania jeden konkretny program i żeby nie zostawiali swoich pociech samych przed telewizorem.

Dzieci nie powinny oglądać telewizji rano, przed pójściem do szkoły, podczas posiłków, ani bezpośrednio przed snem.

Zaleca się też, by dzieci w wieku poniżej 10 lat, jeśli już koniecznie chcą surfować po Internecie, robiły to wyłącznie pod nadzorem rodziców.

Jedz zdrowo, pożyjesz dłużej

Zdrowe odżywianie może zmniejszyć liczbę przedwczesnych zgonów o ok. 70 tys. rocznie, co odpowiada 10 proc. ogółu rocznej liczby zgonów w W. Brytanii – wynika z opublikowanego raportu komórki ds. strategii przy brytyjskim rządzie (Strategy Unit in the Cabinet Office).
Statystyczny Brytyjczyk spożywa za dużo soli, skondensowanych tłuszczów i cukru. Zmniejszenie spożycia tych produktów spowodowałoby spadek liczby zachorowań na choroby naczyniowo- sercowe i raka, najczęstsze choroby u osób przedwcześnie umierających – twierdzą autorzy raportu (Food: An Analysis Of The Issues).

Wynika z niego, że spożycie pięciu sztuk warzyw i owoców dziennie, miałoby największy, pozytywny wpływ na poziom zdrowia publicznego, potencjalnie zmniejszając liczbę osób umierających przedwcześnie o 42,2 tys. rocznie. Zmniejszenie zawartości soli do maksimum 6 gram dziennie (z ok. 9 gram obecnie) przełożyłoby się na zmniejszenie liczby umierających przedwcześnie o 20,2 tys., zaś wyeliminowanie nadmiaru tłuszczowych koncentratów i cukru pozwoliłoby dłużej żyć 7 tys. Brytyjczykom.

Niedawne badania BBC nad zjawiskiem nadwagi prowadzone w grupie 9 tys. osób z 13 krajów wykazały, że Brytyjczycy są najbardziej uzależnieni od żywności typu “fast food”, w której zwłaszcza sól i tłuszcze występują w nadmiarze.

Premier Gordon Brown z końcem stycznia wygłosi przemówienie, w którym wskaże, iż powszechne prawo do korzystania z usług publicznej służby zdrowia musi łączyć się dla jej użytkowników z obowiązkiem większej troski o zdrowie we własnym zakresie. Brown przygotowuje specjalny status dla publicznej służby zdrowia, którego jednym z elementów będzie wskazanie na związek praw i obowiązków.

Otyłość jest rosnącym problemem społecznym w W. Brytanii i dotyczy także dzieci. 24,2 proc. dorosłej ludności cierpi na nadwagę lub otyłość. Kontynuowanie obecnych trendów spowoduje, że do 2030 r. połowa Brytyjczyków będzie borykała się z nadmierną tuszą.

Nowa szczepionka uratowała 300 dzieci

Już ponad 300 angielskich dzieci uniknęło poważnej choroby dzięki wprowadzonej rok temu szczepionce przeciw pneumokomom.

Szczepionka, podawana w wieku dwóch i czterech miesięcy z dawką przypominającą w wieku 13 miesięcy chroni przed zapaleniem płuc oraz zapaleniem opon mózgowych. Udało się zaszczepić 86 procent dzieci, docelowo ma to być 95 procent.

Według odpowiadającego za szczepienia prof Davida Slasbury’ego, dzięki szczepieniom około 300 dzieci nie zachorowało na groźną infekcje. Nie zaobserwowano istotnych skutków ubocznych szczepień.
Niektórzy rodzice uważają szczepienia za szkodliwe, uważając że ewentualne “naturalne zachorowanie” przy obecnym stanie medycyny nie jest istotnym zagrożeniem. Jednak w przypadku pneumokokowego zapalenia opon mózgowych u niemowląt w około połowie przypadków choroba pozostawia trwałe następstwa – głuchotę, upośledzenie umysłowe, problemy z mową, porażenia, padaczkę czy utratę wzroku.

Dzieci spod mikroskopu, czyli wszystko o zapłodnieniu in vitro

Trwa burzliwa dyskusja na temat zapłodnienia in vitro. Padają pytania: Refundować czy nie? Czy to metoda leczenia, czy tylko eksperyment medyczny? Ile Polaków z niej korzysta, a ilu więcej mogłoby skorzystać?

Jedno trzeba stwierdzić jasno – zapłodnienie in vitro (IVF) jest metodą leczenia, która pomogła tysiącom ludzi. Musi nią być, skoro chorobą jest niepłodność, a z nią przecież walczymy za pomocą IVF. Takiego stanowiska broni, i to od lat, Światowa Organizacja Zdrowia, która ma tu głos decydujący. Sprawa jest o tyle poważna, że niepłodność to choroba społeczna, czyli dotykająca dużej części populacji. Jak się szacuje, w Polsce, podobnie jak w całej Europie, problemy z poczęciem dziecka ma co szósta para. Tymczasem w naszym kraju wykonuje się 3-3,5 tys. tzw. cykli wspomaganego rozrodu rocznie. A powinno się, zdaniem ekspertów, co najmniej 25-28 tys.Na czym polega zapłodnienie in vitro?

Na początku kobiecie podaje się hormony. Dzięki temu jajniki w pojedynczym cyklu są w stanie wytworzyć nie jedną, lecz kilka, a nawet kilkanaście, komórek jajowych. Z reguły pobiera się ich od 5 do 15. Nie wszystkie nadają się do zapłodnienia. Wybiera się tylko te w pełni dojrzałe (choć istnieją już techniki, dzięki którym jajeczka są w stanie dojrzeć również w laboratorium). Jajeczka łączy się z plemnikami, w wyniku czego dochodzi do zapłodnienia i powstania zarodków. Do macicy wszczepia się maksymalnie dwa z nich, choć ostatnio lekarze najczęściej decydują się tylko na jeden. Reszta zarodków jest zamrażana. – Trzeba wyraźnie powiedzieć, że mrożenie embrionów wcale nie kończy się ich śmiercią. To wręcz umożliwia im przeżycie. W Polsce nikt zarodków nie niszczy i nigdy nie niszczył – mówi “Gazecie” dr Katarzyna Kozioł z warszawskiej Przychodni Leczenia Niepłodności “nOvum”.

Problem z “nadprogramowymi” zarodkami jest głównym punktem spornym w dyskusji zwolenników i przeciwników in vitro. Przeciwnicy podnoszą właśnie argument, że zarodki, które nie będą wykorzystane podczas IVF, zginą. Zwolennicy przypominają, że dana para może zapragnąć więcej potomstwa (tak się często dzieje – rekordziści z kliniki nOvum doczekali się już piątki pociech). Wiele klinik na samym początku prosi też swoich pacjentów o podpisanie dokumentu, w którym zobowiązują się, że w przypadku, gdy dojdą do wniosku, że nie chcą mieć już więcej dzieci, swoje zarodki przekażą innej parze.

Faktem jednak jest, że zawsze jakieś zarodki pozostaną. Dlatego wiele osób wskazuje rozwiązanie, które mogłoby stanowić nić porozumienia. Chodzi o to, by w ramach IVF doprowadzać do powstania dokładnie takiej liczby zarodków, jaka potem będzie wykorzystana. Takie prawo obowiązuje np. we Włoszech. Gdy dana para chce mieć dziecko, zapładnia się tylko jedno lub dwa jajeczka i od razu się je wszczepia. Gdy terapia się nie powiedzie, cały proces powtarza się od początku, bez zamrażania i przechowywania zarodków.

Warto wspomnieć, że takie właśnie były początki IVF. Od matki, która urodziła słynną Louise Brown (pierwsze poczęte 29 lat temu metodą in vitro dziecko) pobrano tylko jedną komórkę jajową. Przez lata opierano się na naturalnym cyklu kobiet i pobierano od nich jedno, góra dwa jajeczka. Nie stosowano stymulacji hormonalnej, co miało zarówno zalety, jak i wady. Zaletą jest to, że unikano w ten sposób obciążenia dodatkowymi hormonami, a te nigdy nie są obojętne dla organizmu kobiety. Wadą – o około połowę mniejsza skuteczność IVF, co może narazić pacjentkę na kolejne zabiegi. Właśnie w celu podniesienia skuteczności wprowadzono hormony. – Wygląda na to, że być może trzeba będzie cofnąć się do początków – mówi dr Kozioł.

Techniki wspomaganego rozrodu

Wyróżniamy cztery podstawowe techniki wspomaganego rozrodu, czyli tzw. ART (Assisted Reproductive Technics).

Klasyczne zapłodnienie in vitro (IVF). Metodę stosuje się, gdy oba jajowody są niedrożne lub nie ma ich w ogóle. Z jajników pobiera się komórki jajowe i umieszcza razem z plemnikami na specjalnym podłożu. Jeżeli dojdzie do zapłodnienia, zarodek po 2-5 dniach wszczepiany jest bezpośrednio do macicy. Sam zabieg kosztuje ok. 5-6 tys. zł., wcześniejsza kuracja hormonalna – 2-3 tys. zł.

Bardziej zaawansowaną techniką jest tzw. dokomórkowe wstrzykiwanie plemników (ICSI). Stosuje się je, gdy w nasieniu mężczyzny jest zbyt mało plemników lub nie ma ich wcale. Pobiera się je wtedy bezpośrednio z najądrzy bądź jąder. Wyselekcjonowany plemnik jest wstrzykiwany do komórki jajowej pod mikroskopem przy użyciu specjalnych narzędzi. Zabieg kosztuje ok. 1 tys. zł więcej niż w klasycznym IVF.

Istnieją jeszcze dwie inne metody: tzw. dojajowodowe przeniesienie plemników i jajeczka (GIFT) oraz dojajowodowe przeniesienie zarodka (ZIFT). W GIFT, jeśli co najmniej jeden jajowód jest drożny, umieszcza się w nim pobrane wcześniej plemniki i gotowe do zapłodnienia jajeczka. W ZIFT jajeczko jest zapładniane w laboratorium, a powstały w ten sposób zarodek umieszczany jest w drożnym jajowodzie. Dziś zarówno GIFT, jak i ZIFT praktycznie wyszły z użycia. W obydwu przypadkach konieczna jest bowiem operacja z całkowitym znieczuleniem kobiety. Przy klasycznym zapłodnieniu in vitro oraz dokomórkowym wstrzykiwaniu plemników nie ma takiej potrzeby. Do pobrania jajeczek wystarcza znieczulenie miejscowe, a wszczepienie zarodka do macicy nie wymaga nawet tego, bo w ogóle nie boli.

Zgodnie z dzisiejszą wiedzą naukową techniki wspomaganego rozrodu są bezpieczne – ryzyko wystąpienia jakichkolwiek zaburzeń rozwoju płodu jest takie samo jak przy naturalnym poczęciu. Są też skuteczne – szanse na zajście w ciążę podczas jednego cyklu zapłodnienia in vitro wynoszą ok. 20-25 proc. (w najlepszych klinikach skuteczność sięga 40 proc.) To nawet trochę więcej niż w przypadku zdrowej, regularnie współżyjącej pary.

W większości krajów Unii Europejskiej, m.in. we Francji, w Wielkiej Brytanii, Chorwacji, na Węgrzech, w Słowenii czy Czechach państwo refunduje zabiegi wspomaganego rozrodu, a przynajmniej kilka pierwszych cykli.

Źródło: Gazeta Wyborcza